Hi Shane,
Here is the brief summary of Donald Tusk's article in Gazeta Wyborcza (19-20.03) I promised. I'm gonna try to be as non-judgmental in recounting his ideas as possible.
He says Poland is about to embrace (or be embraced) by what he calls the third wave of modernity (after post-war industrialization and 1989 free market transition) and to make the most of its possibilities the country needs a “predictable and trustworthy” political leadership. It means, first, grounding Poland further in a network of international partners (especially EU) and avoiding arrogance or grandstanding towards other nations. Second, it means opening up to technology, education and innovation since there is plenty of potential in this area still untapped. In practice, Tusk promises to continue raising teachers' and start raising academics' salaries until they match private sector earnings. He also says that more money will have to go into research, especially in areas of high technological potential. Third, he says how important it is to provide the youngest generation with greater employment stability, without – at the same time – endangering flexibility and competitiveness of the economy. He expresses his readiness to take up the topic in the future. Finally, he says government institutions will have to change to bring state services up to modern standards. In this point, he talks about anything from simplifying legal regulations to changing bureaucratic mentality to involving more women into public life.
One recurring theme is normalcy. Tusk argues a couple of times that, when it comes to governance, there is nothing Poland requires more than stability, predictability and avoidance of trouble. Another strong thread has to do with his insistence on rejecting delusions and concentrating on what can be realistically achieved here and now. Instead of pandering to history-induced grudges, obsessions and misguided ambitions of Poles, politics should be about practical improvement that anyone can in in their standard of living. The text is full to the brims with statistics for such real-life concerns, from school football pitches to community centers to sanitary installation to cycling lanes, some of them completed or work in progress, others in the planning stage.
Rere
Test test test test
This is a private blog, kept for three reasons: 1. to freeze and focus the daily overflow of information and experiences for future reference, 2. to hone composition skills in Polish, German and English, possibly other languages some day, 3. to revisit my teenage habit of keeping a diary
Recommended
Friday, 1 April 2011
Saturday, 26 March 2011
Woody keeps feeding
Woody Allen keeps feeding cinemagoers with his nearly mass-produced productions, in recent years shot usually in Europe (London, Barcelona). Match Point, Cassandra's Dream, Vicky Christina Barcelona or Whatever Works were all entertaining, well-written stories and I expected nothing more from his latest You Will Meet a Tall, Dark Stranger. I can't say I wanted to rush out of the screening room halfway through the film, but it really badly lacked freshness. What I also found discouraging was that it somehow failed to tell a coherent story, jumping from character to character, from eccentricity to moral lapse, from failed romance to bad judgment. It's somehow all over the place, spread too thin, leading everywhere and nowhere. While still a decent Allen, Tall, Dark Stranger can leave a true fan feel shortchanged, if not totally disappointed.
Friday, 18 March 2011
Pustki w moim dzieciństwie
Kapsle, dzikie jabłka, sierpień na rowerze, zabawy w potoku, lesie, to przecież moje dzieciństwo. Pustki nagrały fantasatyczną piosenkę i wideoklip, pocztówka z mojego dzieciństwa na przełomie lat 80. i 90. - od tego są artyści, żeby ożywić takie wspaniałe emocje.
Friday, 4 March 2011
Wojna żeńsko-męska = polski rzyg
To nie będzie recenzja Wojny żeńsko-męskiej, to będzie skowyt rozpaczy po obejrzeniu totalnego niewypału, bezkształtnej papy, komercyjnego kitu, który nawet nie potrafił spełnić swojej podstawowej funkcji - dostarczenia rozrywki człowiekowi po ciężkim tygodniu pracy. Trailer zapowiadał się przyzwoicie, ciekawa obsada (Karolak, Kot, Mecwaldowski), motyw przewodni dość obiecujący, a na dokładkę dziewczyna namawiała na wyjście, bo chciała się trochę odmóżdżyć w kinie. Żadnej z tych nadziei nie udało się zrealizować, natomiast zamiast odmóżdżania zafundowałem sobie odruch obronny i wymiotny przed bezpardonowym polskim kinowym rzygiem.
A przecież mogłem się tego spodziewać. Producentem było TVN, stacja o tyle profesjonalna w produkcji rozrywki, co ziejąca głupotą, miałkością i paradą przewidywalnej komercji. Film wszedł do kin w okresie Walentynek i dostał łatę romantycznej komedii, co w wykonaniu polskim oznacza beznadziejnie głupią komedię o niczym, praktycznie bez poczucia humoru. Niestety nie przewidziałem ani tego, ani wielu innych rozczarowań.
Dlaczego na przykład polska komedia dla masowego widza nie może być inteligentna? Dlaczego każdy żart musi być przewidywalny jak gra polskiej reprezenacji w piłkę nożną i pisany wielkimi literami? Żadnych niedomówień, żadnej gry w widzem, najlepiej coś o penisach i sukach, kilka przekleństw, jakaś anekdota, która zrobi z mężczyzn idiotów albo świnie, a kobietom doda otuchy. Dlaczego na końcu dostaję na tacy morał? Niech już będzie ten happy end, niech zostanie ta bajkowa kuchnia, w której uśmiechnięta rodzina je razem śniadanie (oczywiście Karolak gotuje), ale żeby jeszcze głos zza kadru dyktował mi jak to mam rozumieć? Litości, nie jestem palantem.
Czy historia w polskiej komedii romantycznej nie może być chociaż trochę spójna? Po co serwować widzowi totalnie nieprawdziwą karuzelę wydarzeń, od życia na dnie do szczytów za sprawą jednego felietonu w magazynie dla kobiet, od tyjącej czterdziestolatki po narodowy autorytet w sprawach seksu, od kochającej się rodziny po próbę samobójczą córki? Przecież to się kupy nie trzyma - nawet przy założeniu, że to komedia, fantazja, nie chce się w to wierzyć, nie chce się w tym uczestniczyć, nie chce się tym cieszyć. Zbyt duży zgrzyt, zbyt duży wysiłek od widza, żeby zniwelować wrażenie, że ktoś robi tu z ciebie idiotę.
Rozumiem, że to komedia, ale dlaczego jest totalnie oderwana od rzeczywistości? Dlaczego nic a nic nie mówi o moim życiu. Wojna żeńsko-męska dzieje się w jakiejś taniej wirtualnej rzeczywistości - bogatego miasta, durnych mediów i jeszcze durniejszych ludzi, o których nic ciekawego nie wiemy poza tym, że się żenią, rozwodzą, uwodzą, konsumują itd, itp. Jaki to ma związek ze mną? Jaką to ma dla mnie wartość poza tym, ze motywuje mnie, żeby odrzucić taką pustą do cna, bezkształtną komercję? Upłynie dużo czasu, zanim mnie ktoś znowu nabierze - Wojna żeńsko-męska spowodowała zbyt silną reakcję alergiczną.
I ten wszędobylski produkt placement - Telepizza, Alma, Sizeer, Apart. Nie dosyć, że sama historia jest komercyjna do spodu, stworzona, żeby trafić do każdego i nikogo, żeby przyciągnąć do kina, dać się skonsumować razem z nachos / popcornem, a potem byle szybciej wydalić, zapomnieć, wymazać, to jeszcze te nachalne reklamy. Nawet nie próbowali tego tonować. Raz nawet pokazują przez dobrą chwilę telewizor z reklamą marki Sizeer w trakcie filmu - litości.
Najbardziej przerażają mnie w tym dwie rzeczy. Jeśli chodzi o film, sporo jest w nim marnowania talentu aktorów. Przecież Sonia Bohosiewicz może grać o niebo lepiej, w Wojnie polsk-ruskiej (może pokrewieństwo tytułów też mnie przyciągnęło) dała przecież prawdziwy popis. Żal mi Karolaka, Kota i Mecwaldowskiego, każdy z nich to piekielnie inteligentny aktor, wystarczy obejrzeć ten klip z mini-serialu Stacja albo posłuchać rozmów z Karolakiem (np. w Wojewódzkiego, na nieszczęście w TVN). Żaden z nich nie dał ciała, a rola Mecwaldowskiego jest naprawdę genialna. Niezły jest też Krzysztof Ibisz w parodii samego siebie.
Druga rzeczy, która przygnębia mnie nawet bardziej, to tolerancja mojej dziewczyny na taką chałę. Jak wyciągnęłem ją na Ludzie boga, wymagający, ale piękny film francuski, osadzony w historii, opowiadający o na codzień niedostępnym świecie zakonników, totalnie go odrzuciła. Wojnę żeńsko-męską z pewną zaciętością nawet broniła.
A przecież mogłem się tego spodziewać. Producentem było TVN, stacja o tyle profesjonalna w produkcji rozrywki, co ziejąca głupotą, miałkością i paradą przewidywalnej komercji. Film wszedł do kin w okresie Walentynek i dostał łatę romantycznej komedii, co w wykonaniu polskim oznacza beznadziejnie głupią komedię o niczym, praktycznie bez poczucia humoru. Niestety nie przewidziałem ani tego, ani wielu innych rozczarowań.
Dlaczego na przykład polska komedia dla masowego widza nie może być inteligentna? Dlaczego każdy żart musi być przewidywalny jak gra polskiej reprezenacji w piłkę nożną i pisany wielkimi literami? Żadnych niedomówień, żadnej gry w widzem, najlepiej coś o penisach i sukach, kilka przekleństw, jakaś anekdota, która zrobi z mężczyzn idiotów albo świnie, a kobietom doda otuchy. Dlaczego na końcu dostaję na tacy morał? Niech już będzie ten happy end, niech zostanie ta bajkowa kuchnia, w której uśmiechnięta rodzina je razem śniadanie (oczywiście Karolak gotuje), ale żeby jeszcze głos zza kadru dyktował mi jak to mam rozumieć? Litości, nie jestem palantem.
Czy historia w polskiej komedii romantycznej nie może być chociaż trochę spójna? Po co serwować widzowi totalnie nieprawdziwą karuzelę wydarzeń, od życia na dnie do szczytów za sprawą jednego felietonu w magazynie dla kobiet, od tyjącej czterdziestolatki po narodowy autorytet w sprawach seksu, od kochającej się rodziny po próbę samobójczą córki? Przecież to się kupy nie trzyma - nawet przy założeniu, że to komedia, fantazja, nie chce się w to wierzyć, nie chce się w tym uczestniczyć, nie chce się tym cieszyć. Zbyt duży zgrzyt, zbyt duży wysiłek od widza, żeby zniwelować wrażenie, że ktoś robi tu z ciebie idiotę.
Rozumiem, że to komedia, ale dlaczego jest totalnie oderwana od rzeczywistości? Dlaczego nic a nic nie mówi o moim życiu. Wojna żeńsko-męska dzieje się w jakiejś taniej wirtualnej rzeczywistości - bogatego miasta, durnych mediów i jeszcze durniejszych ludzi, o których nic ciekawego nie wiemy poza tym, że się żenią, rozwodzą, uwodzą, konsumują itd, itp. Jaki to ma związek ze mną? Jaką to ma dla mnie wartość poza tym, ze motywuje mnie, żeby odrzucić taką pustą do cna, bezkształtną komercję? Upłynie dużo czasu, zanim mnie ktoś znowu nabierze - Wojna żeńsko-męska spowodowała zbyt silną reakcję alergiczną.
I ten wszędobylski produkt placement - Telepizza, Alma, Sizeer, Apart. Nie dosyć, że sama historia jest komercyjna do spodu, stworzona, żeby trafić do każdego i nikogo, żeby przyciągnąć do kina, dać się skonsumować razem z nachos / popcornem, a potem byle szybciej wydalić, zapomnieć, wymazać, to jeszcze te nachalne reklamy. Nawet nie próbowali tego tonować. Raz nawet pokazują przez dobrą chwilę telewizor z reklamą marki Sizeer w trakcie filmu - litości.
Najbardziej przerażają mnie w tym dwie rzeczy. Jeśli chodzi o film, sporo jest w nim marnowania talentu aktorów. Przecież Sonia Bohosiewicz może grać o niebo lepiej, w Wojnie polsk-ruskiej (może pokrewieństwo tytułów też mnie przyciągnęło) dała przecież prawdziwy popis. Żal mi Karolaka, Kota i Mecwaldowskiego, każdy z nich to piekielnie inteligentny aktor, wystarczy obejrzeć ten klip z mini-serialu Stacja albo posłuchać rozmów z Karolakiem (np. w Wojewódzkiego, na nieszczęście w TVN). Żaden z nich nie dał ciała, a rola Mecwaldowskiego jest naprawdę genialna. Niezły jest też Krzysztof Ibisz w parodii samego siebie.
Druga rzeczy, która przygnębia mnie nawet bardziej, to tolerancja mojej dziewczyny na taką chałę. Jak wyciągnęłem ją na Ludzie boga, wymagający, ale piękny film francuski, osadzony w historii, opowiadający o na codzień niedostępnym świecie zakonników, totalnie go odrzuciła. Wojnę żeńsko-męską z pewną zaciętością nawet broniła.
Saturday, 12 February 2011
Z mojego notatnika
Zawsze miałem skrzywienie na punkcie notowania różnych wydarzeń, postaci i pomysłów. Przez całe liceum zapełniłem dwa notatniki, w tym jeden formatu A4, w nadziei, że kiedyś mi się ta wiedza przyda, że jest to jakiś sposób uporządkowania nieustającego pochodu doświadczeń. Nie przestałem zapisywać różności - używam do tego luźnych kartek (zebrałem już ich setki), narzędzi internetowych (ten blog również ma za zadanie porządkować moje obserwacje) czy swojego stareńkiego telefonu. Właśnie z listy spraw w mojej Nokii pochodzą te wpisy:
Agata Michowska (Complex) - artystka z Poznania, której instalację widziałem kiedyś w Zamku, jej najbardziej znaną pracą wydaje się Fairy Tales, rzeźba przedtawiająca klęczącą baletnicę przykrytą gigantyczną, śnieżnobiałą suknią.
Li Songhua, chińska artystka, którą również kojarzę z wystawy z Zamku. Jej wideo przedstawiało kilkuletnie dziecko czytające manifest Chińskiej Partii Komunistycznej lub podobny dokument.
Mariusz Marczewski, pisarz i poeta, wydał Niewidzialnych o losie współczesnych Aborygenów w Australii.
Willy Nelson Opportunity to cry to piosenka, która zagrała dwa lata temu na Openerze jedna z amerykańskich artystek. Niestety, zapomniałem, jak się nazywała. Pamiętam tylko, że jej koncert był jednym z najluźniejszych, w sensie niskiej frekwencji, jakie widziałem na scenie namiotowej. Artystka śmiała się to tego rozbrajającym śmiechem. Priscilla Ahn.
madsciencebook.com to strona stworzona pod książkę, która opisuje dziwne eksperymenty naukowe.
Malarz życia nowoczesnego, esej Bodlaira, tu krytyka Miłosza.
Jonas Kornai - węgierki Balcerowicz.
Peter Singer to profesor bioetyki na Uniwersytecie Princeton, tu pisze w serii Opinionator NYT.
Henry Luce to jeden z historycznych amerykańskich wydawców, jeden z kluczowych postaci dla rozwoju magazynu Time.
Mente et malleo - myślą i młotem, motto górników, widziałem je przy wejściu do starej kopalnii uranu w Kowarach.
Jeśli zastanawiałeś się, co oznacza FWP, na przykład w nazwie ośrodka FWP Zakopianka - oznacza Fundusz Wczasów Pracowniczych.
Societas Verbi Divini, werbiści, których spotkałem podczas jednych z wycieczek rowerowych wokół Poznania (Chludowo).
Miasto ryb, Natalka Babina, powieść o Białorusi.
Yasujiro Ozu, japoński reżyser o zasługach porównywanych do Akiry Kurosawy, jednak mniej znany.
Karl-Markus Gauss to austriacki pisarz, o którym nic więcej nie pamiętam.
Beatrix Potter, brytyjska autorka książek dla dzieci.
Jakob Dylan, to syn Boba Dylana, również gra muzykę, połączenie country i bluesa.
Hotpants Romance to zespół z Manchesteru składający się z samych kobiet.
Gasland, Food Inc oraz Inside Job - filmy dokumentalne polecane przez Shane'a.
Agata Michowska (Complex) - artystka z Poznania, której instalację widziałem kiedyś w Zamku, jej najbardziej znaną pracą wydaje się Fairy Tales, rzeźba przedtawiająca klęczącą baletnicę przykrytą gigantyczną, śnieżnobiałą suknią.
Li Songhua, chińska artystka, którą również kojarzę z wystawy z Zamku. Jej wideo przedstawiało kilkuletnie dziecko czytające manifest Chińskiej Partii Komunistycznej lub podobny dokument.
Mariusz Marczewski, pisarz i poeta, wydał Niewidzialnych o losie współczesnych Aborygenów w Australii.
Willy Nelson Opportunity to cry to piosenka, która zagrała dwa lata temu na Openerze jedna z amerykańskich artystek. Niestety, zapomniałem, jak się nazywała. Pamiętam tylko, że jej koncert był jednym z najluźniejszych, w sensie niskiej frekwencji, jakie widziałem na scenie namiotowej. Artystka śmiała się to tego rozbrajającym śmiechem. Priscilla Ahn.
madsciencebook.com to strona stworzona pod książkę, która opisuje dziwne eksperymenty naukowe.
Malarz życia nowoczesnego, esej Bodlaira, tu krytyka Miłosza.
Jonas Kornai - węgierki Balcerowicz.
Peter Singer to profesor bioetyki na Uniwersytecie Princeton, tu pisze w serii Opinionator NYT.
Henry Luce to jeden z historycznych amerykańskich wydawców, jeden z kluczowych postaci dla rozwoju magazynu Time.
Mente et malleo - myślą i młotem, motto górników, widziałem je przy wejściu do starej kopalnii uranu w Kowarach.
Jeśli zastanawiałeś się, co oznacza FWP, na przykład w nazwie ośrodka FWP Zakopianka - oznacza Fundusz Wczasów Pracowniczych.
Societas Verbi Divini, werbiści, których spotkałem podczas jednych z wycieczek rowerowych wokół Poznania (Chludowo).
Miasto ryb, Natalka Babina, powieść o Białorusi.
Yasujiro Ozu, japoński reżyser o zasługach porównywanych do Akiry Kurosawy, jednak mniej znany.
Karl-Markus Gauss to austriacki pisarz, o którym nic więcej nie pamiętam.
Beatrix Potter, brytyjska autorka książek dla dzieci.
Jakob Dylan, to syn Boba Dylana, również gra muzykę, połączenie country i bluesa.
Hotpants Romance to zespół z Manchesteru składający się z samych kobiet.
Gasland, Food Inc oraz Inside Job - filmy dokumentalne polecane przez Shane'a.
Wednesday, 2 February 2011
King's Speech Impediment
It might seem difficult to believe for die-hard fans of the British Royal Family, but King's Speech tells a true story of the Duke of York's speech impediment, or stammer to be precise, which he manages to overcome for good mere hours before his historic war speech as the newly enthroned George VI.
Set in trying times for Britain and for the British monarchy, the film cleverly foregrounds the future king's shameful personal imperfection at the expense of other themes. With the threat from Hitler's Germany looming large and the constitutional crisis over Edward VIII's marriage with Wallis Simpson culminating in his abdication in 1936, it is this unusual vantage point that makes King's Speech such a joy to watch. It certainly helps to open it up, to a degree, to some comic quality, as the hapless duke, played by Colin Firth, is teased and mocked by his last-resort speech therapist, a spirited Australian impeccably portrayed by Geoffrey Rush.
It's a story of an unlikely friendship between "a nobody", as the future king once calls his saviour in a fit of rage, and a disciplined, prim-and-proper heir to the British throne. Both of them bruised by life in their own ways - one a failed thespian turned speech disorders specialist, the other a self-doubting royal, they scramble out of their predicaments as their relationship takes hold. In a stellar happy end, it manages to heal much more than just stammer.
. to wear history lightly
. entertainment of pop-historical type
. something to read in the Guardian here
Set in trying times for Britain and for the British monarchy, the film cleverly foregrounds the future king's shameful personal imperfection at the expense of other themes. With the threat from Hitler's Germany looming large and the constitutional crisis over Edward VIII's marriage with Wallis Simpson culminating in his abdication in 1936, it is this unusual vantage point that makes King's Speech such a joy to watch. It certainly helps to open it up, to a degree, to some comic quality, as the hapless duke, played by Colin Firth, is teased and mocked by his last-resort speech therapist, a spirited Australian impeccably portrayed by Geoffrey Rush.
It's a story of an unlikely friendship between "a nobody", as the future king once calls his saviour in a fit of rage, and a disciplined, prim-and-proper heir to the British throne. Both of them bruised by life in their own ways - one a failed thespian turned speech disorders specialist, the other a self-doubting royal, they scramble out of their predicaments as their relationship takes hold. In a stellar happy end, it manages to heal much more than just stammer.
. to wear history lightly
. entertainment of pop-historical type
. something to read in the Guardian here
Tuesday, 1 February 2011
Subscribe to:
Posts (Atom)