Mało produktywny dzień zaliczyłem i niestety w ostatniej cześci sezonu będzie mi coraz trudniej wspiąć się na wyżyny możliwości. Przyjmę raczej taktykę minimalnego wysiłku, zamykania spraw profesjonalnie, ale bez fajerwerków. Na wiele ponadto mnie nie stać. Zresztą wygląda na to, że ludzie już też powoli zaczynają mocniej myśleć o lecie, wakacjach, jeździe na rowerze i innych przyjemnościach.
Na dyżurze jedna z dojrzałych lektorek w SJO PP drugi raz z rzędu użerała się z zupełnie nieprzygotowanym studentem, który przyszedł chyba tylko po to, żeby liczyć na litość, szczęście i przypadek. Obserwując z boku, jak kobieta strofowała biedaka, wierciła mu dziurę w brzuchu i robiła moralizatorski wykład na temat tego, jak ważne jest nauczenie się podstawowych czasów angielskich, uderzyła mnie bezsensowność takich emocjonalnych mów. Brzmiało to trochę, jak konserwatywna ciocia karcąca przerośniętego siostrzeńca i od razu było widać, że nie przyniesie to żadnych skutków. Też zdarza mi się reagowanie emocjonalnie na zachowania kursantów i studentów, choć mam nadzieje, że w innym stylu, ale dzisiejszy spektakl utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to bezsensowne. W ogóle w kontaktach z ludźmi trzeba szukać najskuteczniejszych i najadekwatniejszych rozwiązań, nie spalać się w działaniach, które nie mają żadnego rezultatu.
W tramwaju podsłuchałem rozmowę dwóch kobiet w średnim wieku. Zaciekle krytykowały tematy z matury z polskiego, szczególnie wybór "Granicy" Nałkowskiej jako tekstu przewodniego w części pisemnej. Potem pojechały już szerzej.
- Kto to widział dawać dzieciakom lektury typu "Siłaczka"?
- No właśnie, praca organiczna, kogo to w tych czasach obchodzi.
- Tak, to dla nich jak science fiction. "Kamizelka" jeszcze tak, to w końcu o uczuciach
Trzy rzeczy. Zgadzam się, że matura z polskiego jest nieprzemyślana i jej autorzy trochę tracą kontakt z rzeczywistością. Edukacja w szkołach średnich, szczególnie w dziedzinach humanistycznych, jest pozbawiona praktycznych walorów lub - co jest prawie równoznaczne - nie potrafi rywalizować z nowymi sposobami spędzania czasu, zdobywania i używania informacji, pracowania, tworzenia. Nie wygląda na to, żeby ktoś miał pomysł, żeby to zmienić. Niewiele ma do tego sam wybór konkretnej lektury na maturę (sam nie znam "Granicy"), ale brak wizji i strategii co do celów i rezultatów edukacji oraz przepaść, jaka dzieli ją od, przede wszystkim, pracy w dorosłym życiu.
Po drugie, ktoś, kto uważa pracę u podstaw za przeżytek, nie może rozumieć tego pojęcia we właściwy sposób. Odnosi się ono przecież nie tylko do okresu w historii Polski, kiedy organiczny wysiłek był sposobem na ocalenie tożsamości i uniknięcie calkowitej cywilizacyjnej degradacji pod zaborami. To również pewna propozycja życiowa, która polega na kreatywnym podejściu, na tworzeniu, nie niszczeniu czy romantycznych porywach, nawet jeśli jest są to baby steps, drobne kroczki składające się powoli w coś większego. To genialna filozofia w naszych czasach, postawa godna jej propagowania a co najmniej zrozumienia. Co jest przestarzałego w promowaniu systematycznej, solidnej pracy, na każdym poziomie? Niby dlaczego pisanie o uczuciach jest ważniejsze? Może jeśli uczniowie zrozumieją pojęcie pracy organicznej, lepiej zrozumieją kluczowe pojęcie pracy, może będą mniej oszukiwać, liczyć na przypadek, kombinować, uciekać na nieprawdziwe zwolnienia lekarskie, na nieprawdziwe renty?
Po trzecie, to smutne, że ludzie utożsamiają literaturę i czytanie z uczuciami. To spojrzenie kogoś, kto widzi słowo pisane jako bibliotekę romansów i kryminałów, a nie sposób na opisywanie całej rzeczywistości, także problemów społecznych, politycznych, technicznych, każdych. Nie jako sposób na głębokie zrozumienie i uporządkowanie kluczowych pojęć. Ale po takich sytuacjach w tramwaju trochę łatwiej mi wytłumaczyć to, że ludzie czytają coraz mniej coraz krótszych tekstów.
Rere
Test test test test
This is a private blog, kept for three reasons: 1. to freeze and focus the daily overflow of information and experiences for future reference, 2. to hone composition skills in Polish, German and English, possibly other languages some day, 3. to revisit my teenage habit of keeping a diary
Recommended
Friday, 6 May 2011
Tuesday, 3 May 2011
Drown: stories from American-Dominican border
I approached Drown, a collection of short stories by a young Dominican-American author Junot Diaz, somewhat apprehensively. At first glance, it felt far too detached from what I consider immediately interesting and relevant. Why would a Pole with a soft spot for writing in English be bothered by stories of Dominican immigrants and first-generation US citizens of Dominican descent?
Well, first of all, because they are superbly written. There is loads of joy to be derived from this prose as it recalls, with warmth and humour, incidents from formative years, either in the Dominican Republic or on the East Coast of the United States. Technically, characters are unrelated from piece to piece, but it would not be difficult to pull a common thread across all the stories. Without fail, they feature patently readable language that is capable of having you firmly rooted in the atmosphere, whether it is of a drug-dealing New York, a shop-lifting New Jersey suburbia or of Santo Domingo seen from the eyes of a child. Some pieces are clearly a marvel, making you collapse with laughter or whole-heartedly empathize as they describe trials and tribulations of Dominicans seeking fortune in the US or on their native Hispaniola.
The second massive reason for taking up this collection is fascinating, full-bloodied stroytelling that, intriguingly, centers on everyday life and its quirky turns. "Ysreal", which opens the book, is about the fascination with a sick boy in the neighbourhood whose aura of mysery and inaccessibility propels two young brothers to set up an ambush. Their intention is to tear off the boy's mask and see the damage to his face that keeps him so isolated, but in the end they go as far as brutally harassing poor Ysreal. Another great story is a how-to guide called "How to Date a Brownrigl, Blackgirl, Whitegirl or Halfie", which hilariously chronicles adventures of one badly off Dominican-American teenager with his female peers. For me, the culmination of the collection came in "Negacios", which describes the journey Ramon, the narrator's father, had to endure in order to first get to the US, then clamber his way up and, after years of meandering through, bring this wife and two boys over. With sensitivity and wit, it features determination, hard work, lying, confusion and good and bad luck that go in large amounts into an immigrant's road to citizenship and betterment.
Some language to remember:
. a belt or shoelace can blister your skin,
. to pluck a chicken,
. to fart around = be lazy, procrastinate,
. She's out of the picture completely,
. to scare the hell out of sb,
. a cardinal rule,
. a smokehouse = a curing house,
. to put a hand in the air,
. a nub = a knob, a protruberance,
. a ballpark figure = an approximate number,
. lottery slips,
. some stupid infraction,
. tendon-ripping labour,
. sugarcane = trzcina cukrowa,
. Push-ups kept him kicking ass,
. to push oneself through sit-ups and push-ups,
. resplendent white shirt = brillinat / splendid,
. sartorial = related to tailoring (krawiecki)
. to be weaned on = być wychowanym na,
. to touch a finger to your beret,
. to be sick but able to work through it,
. a weight bench,
. La Noche Buena (= Christmas Eve)
. to attempt a similar stunt,
. to douse = to plunge into liquid (= zanurzać, oblewać)
Well, first of all, because they are superbly written. There is loads of joy to be derived from this prose as it recalls, with warmth and humour, incidents from formative years, either in the Dominican Republic or on the East Coast of the United States. Technically, characters are unrelated from piece to piece, but it would not be difficult to pull a common thread across all the stories. Without fail, they feature patently readable language that is capable of having you firmly rooted in the atmosphere, whether it is of a drug-dealing New York, a shop-lifting New Jersey suburbia or of Santo Domingo seen from the eyes of a child. Some pieces are clearly a marvel, making you collapse with laughter or whole-heartedly empathize as they describe trials and tribulations of Dominicans seeking fortune in the US or on their native Hispaniola.
The second massive reason for taking up this collection is fascinating, full-bloodied stroytelling that, intriguingly, centers on everyday life and its quirky turns. "Ysreal", which opens the book, is about the fascination with a sick boy in the neighbourhood whose aura of mysery and inaccessibility propels two young brothers to set up an ambush. Their intention is to tear off the boy's mask and see the damage to his face that keeps him so isolated, but in the end they go as far as brutally harassing poor Ysreal. Another great story is a how-to guide called "How to Date a Brownrigl, Blackgirl, Whitegirl or Halfie", which hilariously chronicles adventures of one badly off Dominican-American teenager with his female peers. For me, the culmination of the collection came in "Negacios", which describes the journey Ramon, the narrator's father, had to endure in order to first get to the US, then clamber his way up and, after years of meandering through, bring this wife and two boys over. With sensitivity and wit, it features determination, hard work, lying, confusion and good and bad luck that go in large amounts into an immigrant's road to citizenship and betterment.
Some language to remember:
. a belt or shoelace can blister your skin,
. to pluck a chicken,
. to fart around = be lazy, procrastinate,
. She's out of the picture completely,
. to scare the hell out of sb,
. a cardinal rule,
. a smokehouse = a curing house,
. to put a hand in the air,
. a nub = a knob, a protruberance,
. a ballpark figure = an approximate number,
. lottery slips,
. some stupid infraction,
. tendon-ripping labour,
. sugarcane = trzcina cukrowa,
. Push-ups kept him kicking ass,
. to push oneself through sit-ups and push-ups,
. resplendent white shirt = brillinat / splendid,
. sartorial = related to tailoring (krawiecki)
. to be weaned on = być wychowanym na,
. to touch a finger to your beret,
. to be sick but able to work through it,
. a weight bench,
. La Noche Buena (= Christmas Eve)
. to attempt a similar stunt,
. to douse = to plunge into liquid (= zanurzać, oblewać)
Składając Bośnię i Hercegowinę
Od zakończenia wojny w Bośni i Hercegowinie (1992-95), okrutnego epizodu rozpadu byłej Jugosławii, wkrótce minie dwadzieścia lat. Od pierwszego wydania Jakbyś kamień jadła Wojciecha Tochmana wkrótce minie dziesięć lat. Odwiedza on w swojej niewielkich rozmiarów książce tereny, na których nienawiść między muzułmanami bośniackiego pochodzenia i prawosławnymi Serbami osiągnęła największą intensywność, gdzie miejsce miały bezlitosne czystki etniczne, gwałty, wysiedlenia i przejęcia majątku. Ich symbolem jest miejscowość Srebrenica (w której okolicach tysiące bośniackich mężczyzn zostało wymordowanych pod okiem sił pokojowych SFOR pod holenderskim dowództwem), ale reportaż opowiada również o masakrach na północy Republiki Serbskiej - w Prijedorze czy obozach w Omarkiej oraz Keraterm.
Centralnym wątkiem książki jest działalność antropolożki i badaczki kości polskiego pochodzenia Ewy Klonowski, która na zlecenie Narodów Zjednoczonych usiłuje zidentyfikować i złożyć w całość tysiące ciał, które pozostawił po sobie konflikt. Rodziny ofiar, szczególnie osamotnione kobiety, które straciły córki, synów i mężów, czekają bez wytchnienia na efekty poszukiwań. Chcą doczekać prawdziwego pochówku oraz zaspokoić potrzebę wiedzy o tym, czy, gdzie i jak zginęli ich bliscy. Doktor Klonowski potrafi nie tylko złożyć szkielt ofiar, ale również - do pewnego stopnia - historię ich przedwczesnych śmierci.
Sporo jest w reportażu Tochmana opisu powojennej goryczy, nieporozumienia i moralnej konfuzji. Kaci (zazwyczaj Serbowie), którzy szli mordować ofiary (zazwyczaj Bośniaków) jakby szli do pracy, mieszkają sobie teraz jakgdyby nigdy nic w domach, które musiały opuścić rodziny pomordowanych. Chowają się jednak przed kamerami i aparatami forograficznymi reporterów w obawie o to, że ktoś z poszkodowanych rozpozna ich twarz, zechce się zemścić lub pociągnąć do odpowiedzialności. Pomiędzy ludźmi, których dzieliła odmienna narodowość, ale łączyło sąsiedztwo, pojawiła się niewypowiedziana bariera. Rodzi się pytanie, czy porozumienie jest znowu możliwe. Co musiałoby się wydarzyć, żeby nie tylko wybaczyć, ale zrozumieć, przekroczyć obawę i pretensję? Gdy wypędzone ze swoich domostw bośniackie kobiety odwiedzają stare kąty, bez entuzjazmu witają i oprowadzają je nowe serbskie właścicielki.
Jakbyś kamień jadła ma tylko 133 strony, ale wydaje się, że to optymalna ilość. Jest to przykład polskiego reportażu najwyższej próby, ze szkoły Dużego Formatu Gazety Wyborczej, siegając głębiej - ze szkoły Kapuścińskiego czy Wańkowicza. Zwięzły, przenikliwy opis szczegółu prowadzi tu do ogólniejszej, humanistycznej refleksji, do zajrzenia pod powierzchnię zdarzeń. Bez trudu da się też wyczuć pewną specificzną wrażliwość autora, który podróżuje z otwartą głową po obolałym terenie i składa drobne fakty, zachowania, głosy w przejmującą całość.
Co ciekawe, Wojciech Tochman - poza pisaniem - jest zaangażowany w fundację Itaka, która poszukuje zaginionych ludzi.
Centralnym wątkiem książki jest działalność antropolożki i badaczki kości polskiego pochodzenia Ewy Klonowski, która na zlecenie Narodów Zjednoczonych usiłuje zidentyfikować i złożyć w całość tysiące ciał, które pozostawił po sobie konflikt. Rodziny ofiar, szczególnie osamotnione kobiety, które straciły córki, synów i mężów, czekają bez wytchnienia na efekty poszukiwań. Chcą doczekać prawdziwego pochówku oraz zaspokoić potrzebę wiedzy o tym, czy, gdzie i jak zginęli ich bliscy. Doktor Klonowski potrafi nie tylko złożyć szkielt ofiar, ale również - do pewnego stopnia - historię ich przedwczesnych śmierci.
Sporo jest w reportażu Tochmana opisu powojennej goryczy, nieporozumienia i moralnej konfuzji. Kaci (zazwyczaj Serbowie), którzy szli mordować ofiary (zazwyczaj Bośniaków) jakby szli do pracy, mieszkają sobie teraz jakgdyby nigdy nic w domach, które musiały opuścić rodziny pomordowanych. Chowają się jednak przed kamerami i aparatami forograficznymi reporterów w obawie o to, że ktoś z poszkodowanych rozpozna ich twarz, zechce się zemścić lub pociągnąć do odpowiedzialności. Pomiędzy ludźmi, których dzieliła odmienna narodowość, ale łączyło sąsiedztwo, pojawiła się niewypowiedziana bariera. Rodzi się pytanie, czy porozumienie jest znowu możliwe. Co musiałoby się wydarzyć, żeby nie tylko wybaczyć, ale zrozumieć, przekroczyć obawę i pretensję? Gdy wypędzone ze swoich domostw bośniackie kobiety odwiedzają stare kąty, bez entuzjazmu witają i oprowadzają je nowe serbskie właścicielki.
Jakbyś kamień jadła ma tylko 133 strony, ale wydaje się, że to optymalna ilość. Jest to przykład polskiego reportażu najwyższej próby, ze szkoły Dużego Formatu Gazety Wyborczej, siegając głębiej - ze szkoły Kapuścińskiego czy Wańkowicza. Zwięzły, przenikliwy opis szczegółu prowadzi tu do ogólniejszej, humanistycznej refleksji, do zajrzenia pod powierzchnię zdarzeń. Bez trudu da się też wyczuć pewną specificzną wrażliwość autora, który podróżuje z otwartą głową po obolałym terenie i składa drobne fakty, zachowania, głosy w przejmującą całość.
Co ciekawe, Wojciech Tochman - poza pisaniem - jest zaangażowany w fundację Itaka, która poszukuje zaginionych ludzi.
Sunday, 10 April 2011
Into the Wild
Amazon's recommendation system is responsible for me stumbling upon Sean Pean's Into the Wild and I'm glad I did. Another magnet was the fact that Eddie Vedder of Pearl Jam created soundtrack for the film, which I'd known for quite a while without realizing it was made for this purpose.
Into the Wild retells the true story of Chris McCandless, a freshly minted college graduate, who decides to reject the demands of his parents and society by embarking on a lonesome journey across the United States and, finally, into the wilderness of Alaska.
Driven by a sense of hurt and pointlessness that he'd experienced in what seemed on the outside like a respectable American family, Chris develops a reclusive, reflective personality that puts him at odds with the pursuit of happiness as understood by most people. Instead of joining the race for materialistic gains, career and comfort, he is atracted to literature and moral values, especially those that highlight self-reliance, attachment to nature and reduction of earthly desires. His role models are the likes of Henry David Thoreau or Jack London and the characters they created.
Assuming the new name of Alexander Supertramp, Chris buys essential supplies and sets out to live on the road mostly on berries, herbs and wild fruit. His ultimate destination is the wilderness of Alaska, where he hopes to put his philosophy and endurance to the test by living away from civilization. Before he gets there, he spends long months temping at a large farm in South Dakota, rambling around with a hippie commune somewhere in California and making friends with people he bumps into as he braves on. Many, young and old, are attracted and inspired by his principled, off-the-beaten-path approach to things, but he does not discover how important other people are until it is too late.
Eventually, Supertramp starves to death after facing long odds in Alaskan wilderness for a couple of months and failing to find a way back from a camp he'd made in an abandoned hunting shelter deep into the Stampede Trail.
The story of Chris McCandless gained massive popularity following Jon Krakauer's article in the Outside Magazine and his subsequent book Into the Wild. Oddly, despite its tragic end, it inspired many other adventurers to attempt similar stunts. Many others see what McCandless did as a manifestiation of bipolar disorder and a perilous outlet for frustrations with the way modern society batters individualism.
Into the Wild retells the true story of Chris McCandless, a freshly minted college graduate, who decides to reject the demands of his parents and society by embarking on a lonesome journey across the United States and, finally, into the wilderness of Alaska.
Driven by a sense of hurt and pointlessness that he'd experienced in what seemed on the outside like a respectable American family, Chris develops a reclusive, reflective personality that puts him at odds with the pursuit of happiness as understood by most people. Instead of joining the race for materialistic gains, career and comfort, he is atracted to literature and moral values, especially those that highlight self-reliance, attachment to nature and reduction of earthly desires. His role models are the likes of Henry David Thoreau or Jack London and the characters they created.
Assuming the new name of Alexander Supertramp, Chris buys essential supplies and sets out to live on the road mostly on berries, herbs and wild fruit. His ultimate destination is the wilderness of Alaska, where he hopes to put his philosophy and endurance to the test by living away from civilization. Before he gets there, he spends long months temping at a large farm in South Dakota, rambling around with a hippie commune somewhere in California and making friends with people he bumps into as he braves on. Many, young and old, are attracted and inspired by his principled, off-the-beaten-path approach to things, but he does not discover how important other people are until it is too late.
Eventually, Supertramp starves to death after facing long odds in Alaskan wilderness for a couple of months and failing to find a way back from a camp he'd made in an abandoned hunting shelter deep into the Stampede Trail.
The story of Chris McCandless gained massive popularity following Jon Krakauer's article in the Outside Magazine and his subsequent book Into the Wild. Oddly, despite its tragic end, it inspired many other adventurers to attempt similar stunts. Many others see what McCandless did as a manifestiation of bipolar disorder and a perilous outlet for frustrations with the way modern society batters individualism.
Erratum
Nie będę ukrywał, że do obejrzenia Erratum zachęciła mnie entuzjastyczna recenzja Tadeusza Sobolewskiego, nie pierwszy raz zresztą i nie ostatni zapewne. W sumie było to nie tylko jego dobre słowo, ale opis historii, odrębnej, innej niż wszystkie, a jednocześnie jakoś znajomej.
Michał (Tomasz Kot) to dosyć konwencjonalny trzydziestolatek, niespełniony trębacz, pracownik warszawskiego biura rachunkowego, który udaje się do swojego rodzinnego Szczecina na niespodziewany wyjazd w interesach. Przed laty uciekł stamtąd przed złymi relacjami z ojcem, urządził sobie nowe życie, odciął się od przeszłości. Na skutek zbiegu okoliczności jest zmuszony zostać w Szczecinie dłużej niż początkowo planuje. Ten przymusowy pobyt przeradza się stopniowo w próbę zrozumiemia siebie, swoich relacji z ojcem oraz swoich wyborów z przeszłości.
Dla mnie jest to film o ponoszeniu konsekwencji swoich wyborów, rzadko doskonałych, najczęściej wymuszonych ograniczeniami, konstrukcją sytuacji, której w jakiejś chwili nie potrafimy przekroczyć. W Erratum tą przeszkodą jest konflikt z ojcem, imperatyw ucieczki z rodzinnego domu i miasta. Po latach, najczęściej pod wpływem jakiegoś wstrząsu (tu jest nim wypadek), mamy szansę dogonić własną przeszłość, zmierzyć się z tym, co przez lata wydawało się naszym naturalnym wyborem, wręcz niezależnym od nas. W niedoskonały, ale jak najbardziej prawdziwy sposób Michał dokonuje takiego rozliczenia, ponownej oceny, dogania siebie z przeszłości. To pozwoli mu lepiej, pełniej żyć teraz.
Autor scenariusza i reżyser Marek Lechki ma fantastyczne ucho do autentycznych dialogów, bezbłędnie operuje również ruchem i mimiką - spora część filmu rozgrywa się właśnie w spojrzeniach, grymasach, niezdarnych ruchach. Absolutnie wybitne jest zakończenie, z prostą symboliką, bez słów, bez moralizowania. Nienachalny humanizm Erratum spodobał się na festiwalach całego świata.
Michał (Tomasz Kot) to dosyć konwencjonalny trzydziestolatek, niespełniony trębacz, pracownik warszawskiego biura rachunkowego, który udaje się do swojego rodzinnego Szczecina na niespodziewany wyjazd w interesach. Przed laty uciekł stamtąd przed złymi relacjami z ojcem, urządził sobie nowe życie, odciął się od przeszłości. Na skutek zbiegu okoliczności jest zmuszony zostać w Szczecinie dłużej niż początkowo planuje. Ten przymusowy pobyt przeradza się stopniowo w próbę zrozumiemia siebie, swoich relacji z ojcem oraz swoich wyborów z przeszłości.
Dla mnie jest to film o ponoszeniu konsekwencji swoich wyborów, rzadko doskonałych, najczęściej wymuszonych ograniczeniami, konstrukcją sytuacji, której w jakiejś chwili nie potrafimy przekroczyć. W Erratum tą przeszkodą jest konflikt z ojcem, imperatyw ucieczki z rodzinnego domu i miasta. Po latach, najczęściej pod wpływem jakiegoś wstrząsu (tu jest nim wypadek), mamy szansę dogonić własną przeszłość, zmierzyć się z tym, co przez lata wydawało się naszym naturalnym wyborem, wręcz niezależnym od nas. W niedoskonały, ale jak najbardziej prawdziwy sposób Michał dokonuje takiego rozliczenia, ponownej oceny, dogania siebie z przeszłości. To pozwoli mu lepiej, pełniej żyć teraz.
Autor scenariusza i reżyser Marek Lechki ma fantastyczne ucho do autentycznych dialogów, bezbłędnie operuje również ruchem i mimiką - spora część filmu rozgrywa się właśnie w spojrzeniach, grymasach, niezdarnych ruchach. Absolutnie wybitne jest zakończenie, z prostą symboliką, bez słów, bez moralizowania. Nienachalny humanizm Erratum spodobał się na festiwalach całego świata.
Bambino - hiperrealistyczny PRL
Bambino to nazwa baru mlecznego w Szczecinie, podobno kiedyś faktycznie istniejącego, w którym splatają się losy kilku bohaterów książki Ingi Iwasiów. Każdego z nich sprowadza do tego portowego miasta inna droga w momencie, kiedy decyzją Aliantów zostaje on przekazany Polsce jako część tzw. Ziem Odzyskanych. Ula jest Niemką, która - co raczej nietypowe - nie opuszcza miasta po wojnie, dość płynnie przechodząc w jego rodzącą się polskość. Dużo młodsza Marysia została na zachód przesiedlona razem z rodziną. Janek jest ze wsi, nie miał ojca, nigdy się nie wykształcił, ale doskonale odnajduje się w aparacie komunistycznego państwa. Anna ucieka do Szczecina z Małopolski, ma jej tu być lepiej.
Powieść Iwasiów opisuje przeplatające się losy powojennych szczecinian, tworząc swego rodzaju panoramę życia codziennego w mieście, które jest na dobrą sprawę laboratorium kształtowania się nowej tożsamości. Mamy zbliżenie na życie prywatne - romanse, małżeństwa, dzieci, rozwody, samotność. Są wybory moralne, jak uwikłanie Janka w służbę bezpieczeństwa. Są pytania o tożsamość, jak w przypadku Uli, która po latach odzyskuje kontakt z ojcem w Niemczech, ale nie chce już zrywać więzi ze Szczecinem, czy w przypadku jej mężczyzny, profesora o żydowskim pochodzeniu, który wyjeżdża do Izraela niedługo przed 1968r.
Może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale wydaje mi się, że Iwasiów rozpoczyna opowieść bardzo poetyckim językiem, trochę rozmytym, nienajłatwiejszym do śledzenia, potem krystalizuje go coraz bardziej w miarę rozwoju wydarzeń. Jakby im głębiej w przeszłość, tym mniej przejrzystości. W kontekście narracji, w Bambino panuje coś, co w krajach anglosaskich nazywa się hiperrealizmem (np. w stosunku do powieści Zadie Smith czy Jonathana Franzena). Iwasiów śledzi losy kilku postaci, wdaje się w psychologię, zarysowuje tło historyczne - daje to szeroki, ciekawy obraz, ale dla mnie brakuje mu czasami dynamiki. W pewnym momencie zorientowałem się, że mój egzemplarz Bambino jest wybrakowany, brakuje mu około dwudziestu stron. Nie poczułem przymusu uzupełnienia tej części historii, choć pewnie mógłbym to zrobić reklamuąc zakup w wydawnictwie. Z łatwością mogłem sobie wyobrazić na pewnym poziomie ogółu, co wydarzyło się na tych stronach.
Powieść Iwasiów opisuje przeplatające się losy powojennych szczecinian, tworząc swego rodzaju panoramę życia codziennego w mieście, które jest na dobrą sprawę laboratorium kształtowania się nowej tożsamości. Mamy zbliżenie na życie prywatne - romanse, małżeństwa, dzieci, rozwody, samotność. Są wybory moralne, jak uwikłanie Janka w służbę bezpieczeństwa. Są pytania o tożsamość, jak w przypadku Uli, która po latach odzyskuje kontakt z ojcem w Niemczech, ale nie chce już zrywać więzi ze Szczecinem, czy w przypadku jej mężczyzny, profesora o żydowskim pochodzeniu, który wyjeżdża do Izraela niedługo przed 1968r.
Może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale wydaje mi się, że Iwasiów rozpoczyna opowieść bardzo poetyckim językiem, trochę rozmytym, nienajłatwiejszym do śledzenia, potem krystalizuje go coraz bardziej w miarę rozwoju wydarzeń. Jakby im głębiej w przeszłość, tym mniej przejrzystości. W kontekście narracji, w Bambino panuje coś, co w krajach anglosaskich nazywa się hiperrealizmem (np. w stosunku do powieści Zadie Smith czy Jonathana Franzena). Iwasiów śledzi losy kilku postaci, wdaje się w psychologię, zarysowuje tło historyczne - daje to szeroki, ciekawy obraz, ale dla mnie brakuje mu czasami dynamiki. W pewnym momencie zorientowałem się, że mój egzemplarz Bambino jest wybrakowany, brakuje mu około dwudziestu stron. Nie poczułem przymusu uzupełnienia tej części historii, choć pewnie mógłbym to zrobić reklamuąc zakup w wydawnictwie. Z łatwością mogłem sobie wyobrazić na pewnym poziomie ogółu, co wydarzyło się na tych stronach.
Friday, 1 April 2011
Tusk for Shane
Hi Shane,
Here is the brief summary of Donald Tusk's article in Gazeta Wyborcza (19-20.03) I promised. I'm gonna try to be as non-judgmental in recounting his ideas as possible.
He says Poland is about to embrace (or be embraced) by what he calls the third wave of modernity (after post-war industrialization and 1989 free market transition) and to make the most of its possibilities the country needs a “predictable and trustworthy” political leadership. It means, first, grounding Poland further in a network of international partners (especially EU) and avoiding arrogance or grandstanding towards other nations. Second, it means opening up to technology, education and innovation since there is plenty of potential in this area still untapped. In practice, Tusk promises to continue raising teachers' and start raising academics' salaries until they match private sector earnings. He also says that more money will have to go into research, especially in areas of high technological potential. Third, he says how important it is to provide the youngest generation with greater employment stability, without – at the same time – endangering flexibility and competitiveness of the economy. He expresses his readiness to take up the topic in the future. Finally, he says government institutions will have to change to bring state services up to modern standards. In this point, he talks about anything from simplifying legal regulations to changing bureaucratic mentality to involving more women into public life.
One recurring theme is normalcy. Tusk argues a couple of times that, when it comes to governance, there is nothing Poland requires more than stability, predictability and avoidance of trouble. Another strong thread has to do with his insistence on rejecting delusions and concentrating on what can be realistically achieved here and now. Instead of pandering to history-induced grudges, obsessions and misguided ambitions of Poles, politics should be about practical improvement that anyone can in in their standard of living. The text is full to the brims with statistics for such real-life concerns, from school football pitches to community centers to sanitary installation to cycling lanes, some of them completed or work in progress, others in the planning stage.
Here is the brief summary of Donald Tusk's article in Gazeta Wyborcza (19-20.03) I promised. I'm gonna try to be as non-judgmental in recounting his ideas as possible.
He says Poland is about to embrace (or be embraced) by what he calls the third wave of modernity (after post-war industrialization and 1989 free market transition) and to make the most of its possibilities the country needs a “predictable and trustworthy” political leadership. It means, first, grounding Poland further in a network of international partners (especially EU) and avoiding arrogance or grandstanding towards other nations. Second, it means opening up to technology, education and innovation since there is plenty of potential in this area still untapped. In practice, Tusk promises to continue raising teachers' and start raising academics' salaries until they match private sector earnings. He also says that more money will have to go into research, especially in areas of high technological potential. Third, he says how important it is to provide the youngest generation with greater employment stability, without – at the same time – endangering flexibility and competitiveness of the economy. He expresses his readiness to take up the topic in the future. Finally, he says government institutions will have to change to bring state services up to modern standards. In this point, he talks about anything from simplifying legal regulations to changing bureaucratic mentality to involving more women into public life.
One recurring theme is normalcy. Tusk argues a couple of times that, when it comes to governance, there is nothing Poland requires more than stability, predictability and avoidance of trouble. Another strong thread has to do with his insistence on rejecting delusions and concentrating on what can be realistically achieved here and now. Instead of pandering to history-induced grudges, obsessions and misguided ambitions of Poles, politics should be about practical improvement that anyone can in in their standard of living. The text is full to the brims with statistics for such real-life concerns, from school football pitches to community centers to sanitary installation to cycling lanes, some of them completed or work in progress, others in the planning stage.
Subscribe to:
Posts (Atom)